Brzmi znajomo, prawda? Dla mnie niestety nie zabrzmiało, ponieważ swoją przygodę z serią zaczęłam od części drugiej, która w moim odczuciu jest naprawdę dobra. To opowieść o... nastolatkach. Po prostu. Nieprzesłodzona, nieprzesadnie moralizatorska - taka "akurat". Jest oczywiście miłość, randki, jest oczekiwanie na ten "pierwszy wspólny raz". W "Oddychając z trudem" uczucie między dwojgiem wchodzących w dorosłość ludzi jest tematem ważnym, ale nie jedynym. Poruszone są tu także wątki trudnych relacji z matką alkoholiczką, wspomnień o trudnej przeszłości oraz decyzji dotyczących przyszłości. Są chwile szczęścia, ale i momenty rozpaczy. Książka ta poruszyła mnie i skłoniła do sięgnięcia po pozostałe dwa tomy.
Niestety rozczarowanie przyszło bardzo szybko. Mimo tego, że także w pierwszej odsłonie cyklu dobre chwile przeplatają się z traumatycznymi wydarzeniami i próżno szukać nudniejszych fragmentów, książka jest przesłodzona do granic możliwości. Życie rzuca Emmie kłody pod nogi, dziewczyna doświadcza przemocy ze strony ciotki, u której mieszka. Jest przez nią stale kontrolowana i karana za rzeczywiste bądź urojone przewinienia. Z tego powodu nastolatka stara się odrzucać starania Evana, by nie narazić siebie i jego na gniew ciotki. A jednak mimo tego emocjonalnego rollercoastera młodzi z każdą chwilą zbliżają się do siebie. Evan jawi się niemal jako bohater, któremu należy się posąg ze spiżu. Żadne zachowanie Emmy nie jest w stanie go do niej zrazić, znosi wszystkie jej dziwactwa, godząc się dla niej na wszystko. Zapewne chodziło o to, by pokazać siłę uczucia, które jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody, ale dla mnie Evan stał się przez to postacią niewiarygodną, płaską. Znosić wszystko bez mrugnięcia okiem może jakiś mnich albo desperat gotowy związać się z dmuchaną lalą, byle nie być sam. Normalny człowiek prędzej czy później jakoś by zareagował - nie mówię, że furią, ale trzeba być chyba pozbawionym uczuć, by bez skargi znosić czyjeś humory. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze amerykańskie realia: imprezy urządzane przez bogatych nastolatków, wielkie domy z ogromnymi pokojami zabaw wyposażonymi we wszystkie dostępne gry i sprzęty elektroniczne; weekendowe wycieczki po całych Stanach. Wielki świat, panie. Dlatego mimo trudnych tematów poruszonych w "Powodzie by oddychać", poziom słodkości sięga Jowisza i dla mnie jest zwyczajnie niestrawny.
O "Oddychając z trudem" wypowiedziałam się wcześniej, przeskoczmy więc do części zamykającej serię. Emma skończyła szkołę średnią i wyjechała na studia. Niestety sama. Rozstanie z ukochanym, którego opuściła, by więcej go nie skrzywdzić, nie służy jej i dziewczyna żyje jak w transie. By o nim zapomnieć, rzuca się w wir zabawy i robi rzeczy, które mogą skończyć się dla niej tragicznie. Jeśli do tej pory udało się komuś uniknąć skojarzenia ze "Zmierzchem", to musi to być ktoś, kto książek pani Meyer nie czytał. Tu dla wyjaśnienia muszę napomknąć, że nie należę ani do największych miłośniczek sagi o wampirach, ani do tych, którzy jej nie tolerują. Kilka lat temu przeczytałam całość z niejaką przyjemnością, ale bez ekstazy. Uważam, że seria ta miała swoje pięć minut, które jednak już minęło. To jak z filmami z lat 90. albo z zespołem Ich Troje - kiedyś większość była tym zachwycona, a dziś nas to raczej śmieszy. Wracam jednak do analogii między dwoma seriami. Stephanie Meyer nie była zapewne pierwszą, która w podobny sposób opisała zakazaną miłość, rozstanie i wielki powrót. Jednakże podobieństwo "Oddechów" do "Zmierzchu" jest do tego stopnia narzucające się, że aż niesmaczne. Szczegóły zostały oczywiście zmienione (w "Oddechach" brak przede wszystkim wątków paranormalnych), jednak cały schemat fabuły jest właściwie taki sam. Jakby tego było mało, mamy w "Biorąc oddech" jeszcze większą dawkę 'american life'. Znów są imprezy, ale tym razem w domach blisko plaży, w których spędzają wakacje dzieci bogatych rodziców. Do grona szczęśliwych "kasiastych" znienacka dołącza również Emma, która dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu nagle może sobie pozwolić na wynajęcie rezydencji, a nawet kupno domu. A całość oczywiście zmierza ku pięknemu zakończeniu... Wszystko, absolutnie wszystko musi przecież ułożyć się po myśli zakochanej pary, prawda?
O modnym ostatnio nurcie "new adult" dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu "Oddechów". Przypuszczam, że sięgają po niego nie tylko nastolatki, ale również nieco starsze kobiety, kochające czytać o wielkim uczuciu pokonującym każdą przeszkodę. Nie krytykuję tego, sama też od czasu do czasu sięgam po takie historie. Nie mogę jednak pojąć, jak można zachwycać się kolejnymi opowieściami powielającymi te same schematy, w których zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów. Oczywiście - literatura opiera się na powtarzających się motywach, tego nie da się uniknąć, jednak trudno mi zrozumieć, kogo może bawić czytanie w kółko jednej i tej samej historii ubranej tylko w inne słowa. Dlatego - mimo że część druga serii Rebekki Donovan naprawdę mi się podobała - w ogólnym rozrachunku jestem bardzo rozczarowana "Oddechami" i nie będę wypatrywać z utęsknieniem kolejnych książek autorki.
