wtorek, 9 stycznia 2018

Nie taki Strach straszny

Strach miał mnie przestraszyć. Przerazić i spowodować, że nie prześpię kilku nocy. Tak przynajmniej wynikało z paru recenzji, które zachęciły mnie do kupna książki Jozefa Kariki. Cóż - obyło się bez ciarek, ale zdecydowanie i bez rozczarowania.


2012 rok, najmroźniejsza od kilkudziesięciu lat zima. Jożo Karsky wraca tam, skąd tak usilnie próbował uciec - do rodzinnego, pogrążonego w bezrobociu i dziwnym odrętwieniu miasteczka i pustego, zatęchłego mieszkania, w którym we wszystkich kątach kryją się wspomnienia. Niekoniecznie dobre. Wydarzenia z dzieciństwa z każdym dniem ożywają coraz bardziej, a gdy pewnego dnia w sąsiedztwie znika dziecko, skojarzenie nasuwa się samo - dzieje się to samo, co wtedy, przed laty.

Zima, góry, las. Wymarzona sceneria dla horroru. Do tego duchy przeszłości, rosnący obłęd i... ułożone w śniegu dziecięce paluszki. Wiem, że ta historia potrafi działać na wyobraźnię i niejednego zdołała wystraszyć. Mnie raczej nie. Gdybym czytała ją ciemną nocą, zapewne kilka razy odczułabym niepokój, ale tak się nie zdarzyło. Nie znaczy to wcale, że książka jest zła - wręcz przeciwnie, dostarczyła mi rozrywki i przeczytałam ją w ciągu jednego wieczora.

Jozef Karika wie, jak przykuć uwagę czytelnika. Umiejętnie buduje napięcie, nie boi się mocnych opisów, ale też nie usiłuje straszyć tanimi sztuczkami. Już sama sceneria świetnie buduje klimat, a jeśli do tego dodać retrospekcje i stopniowo odkrywane fakty, to w rezultacie otrzymujemy naprawdę wciągającą, porządną opowieść. W trakcie lektury, zwłaszcza bliżej końca, miałam skojarzenia z czytaną jakiś czas wcześniej Istotą zła Luki D'Andrei - i były to zdecydowanie dobre skojarzenia.

Gratulacje należą się wydawnictwu Stara Szkoła. Co prawda nie obyło się bez kilku literówek w treści, ale samo wydanie książki jest naprawdę bardzo ładne. Moją uwagę zwróciła zwłaszcza okładka - jest dość ciemna i nie zwróciłam uwagi, że w ogóle jest na niej jakaś grafika, dopiero próbując zrobić zdjęcie, coś dostrzegłam. I chyba to był moment, kiedy rzeczywiście się przestraszyłam, mając przez ułamek sekundy wrażenie, że jest tam coś żywego, co usilnie się we mnie wpatruje :-)


poniedziałek, 8 lutego 2016

Zazdrośnice

O ile się orientuję, pozycja Erica-Emmanuela Schmitta jako pisarza jest dość ugruntowana i może się on pochwalić całkiem sporym gronem wiernych czytelników. Z niejakim wstydem przyznaję więc, że "Zazdrośnice" to dopiero druga książka tego autora, jaka trafiła mi w ręce. Pierwszą była (oczywiście) "Oskar i pani Róża". Pamiętam, że przed laty podchodziłam do niej bardzo ostrożnie, a to ze względu na częste porównania do "Małego księcia". Nie będę teraz wyciągać na światło dzienne wszystkich moich żali względem wspomnianej książeczki, niemniej jednak przyznaję otwarcie - należę do mniejszości, która najsłynniejszego dzieła Exupery'ego najzwyczajniej w świecie nie trawi. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy odkryłam, że "Oskar i pani Róża" jest prostą, ale piękną, mądrą ale pozbawioną moralizatorstwa historią o... o życiu. O szukaniu w nim szczęścia, cieszeniu się każdą chwilą, ale też opowieścią o oswajaniu śmierci. Ta nieskomplikowana, ale potrzebna opowieść trafiła mi do serca, ot tak, po prostu.
Kiedy więc po latach w moje ręce trafiła kolejna książka Schmitta, ucieszyłam się, wierząc że znów będzie mi dane przeczytać jakąś prostą i jednocześnie budującą historię. Czy rzeczywiście tak było? Do pewnego stopnia tak, ale...

"Zazdrośnice" to historia opowiedziana z perspektywy czterech współczesnych nastolatek.  Anouchka, Colombe, Julia i Raphaëlle to przyjaciółki. Choć są sobie bardzo bliskie, to mają różne charaktery i upodobania, różny jest także ich stosunek do miłości. Każda z nich pisze pamiętnik, to właśnie z tych zapisków czytelnik poznaje przebieg wydarzeń. Kiedy jedna z dziewczyn zaczyna interesować się byłym chłopakiem drugiej, "dozgonna" przyjaźń staje pod znakiem zapytania... 

Muszę przyznać, że po przeczytaniu tej krótkiej opowieści miałam mieszane uczucia. Co prawda już od dawna nie należę do grona nastolatek, wciąż jednak pamiętam emocje, jakie targają człowiekiem w okresie dojrzewania. Droga od wielkiej miłości i serdecznej przyjaźni do nienawiści jest wtedy krótka, bardzo krótka. Doskonale więc rozumiem dziwne, czasem wręcz histeryczne reakcje bohaterek na wydarzenia, które z punktu widzenia dorosłego człowieka są całkiem błahe. Nie dziwiła mnie na przykład naiwność Anouchki albo swoista rywalizacja o to, która z dziewczyn jako pierwsza przeżyje "swój pierwszy raz". Niestety, w moim odczuciu Schmittowi nie udała się próba przedstawienia tego z perspektywy nastolatek. Dla mnie emocje wchodzących w życie dziewcząt zostały opisane słowami autora, czyli dorosłego mężczyzny. Niektóre wpisy rażą sztucznością, nie pasują do języka nastolatek.

Tym, co w całej książce podobało mi się najbardziej, było wplecenie w historię nawiązań do sztuk Szekspira, w szczególności zaś do "Romea i Julii". Wątki "szekspirowskie" towarzyszą nam przez całą opowieść, by w zakończeniu (jak brzydko to nie zabrzmi) uderzyć ze zdwojoną mocą. Szekspir wiecznie żywy, można rzec.

O czym tak naprawdę są "Zazdrośnice"? Bez wątpienia o niszczycielskiej sile zazdrości. Ale czy tylko? Mnie ta historia uświadomiła jak bardzo, mimo wszystko, mimo dzielących nas różnic, wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Przypomniałam sobie siebie sprzed dziesięciu, piętnastu lat, i przyjaźnie, równie dozgonne jak ta, która łączyła Anouchkę, Julię, Raphaelle i Colombe, kończące się z równie błahych powodów.  Zawiedzie się ten, kto oczekuje wzruszającej historii jak w "Oskarze i pani Róży". Mimo wszystko jednak warto sięgnąć po tę książkę, bo mimo pewnych niedoskonałości, to kolejna udana publikacja Schmitta.

piątek, 25 grudnia 2015

Zabij mnie, tato

Gdyby ktoś zadał mi pytanie, dlaczego tak chętnie sięgam po szeroko rozumianą literaturę fantastyczną i thrillery, odpowiedziałabym bez zastanowienia: bo są dla mnie odskocznią od szarej rzeczywistości. Siedząc bezpiecznie w swoim pokoju, mogę przenieść się w dowolne miejsce i przeżyć przygody, które nigdy nie przydarzyłyby mi się w prawdziwym życiu. Są jednak takie historie, w których nikt z nas nie chciałby brać udziału. Takie, które potrafią przestraszyć bardziej, niż najstraszniejszy horror. Dlaczego? Bo mogą przytrafić się każdemu z nas.




Zdzisław Mokryna to emerytowany policjant, który po odejściu z pracy postanawia zacząć nowy etap w życiu. Przeprowadza się do niewielkiego miasteczka, gdzie zatrudnia się jako ochroniarz w lokalnej fabryce. Początkowo nie planuje nawiązywać bliskich znajomości z mieszkańcami Rykowa, jednak los chce inaczej i Mokryna bardzo szybko zaprzyjaźnia się z właścicielami miejscowej pizzerii. 
Życie w Rykowie płynie powoli. Główny bohater dzieli czas między pracę, wycieczki rowerowe i wizyty u przyjaciół. Można powiedzieć, że pędzi nudny żywot. Do czasu, gdy odbiera telefon od swojego przyjaciela. Dwie z jego córek nagle zniknęły bez śladu. Rozpoczyna się wyścig z czasem, bo wiadomo, że z każdą dobą od zaginięcia prawdopodobieństwo odnalezienia dziewczynek całych  i zdrowych zmniejsza się.
Historia opowiedziana przez Stefana Dardę ma kilka wymiarów. Przede wszystkim jest to porządnie napisany thriller. Mimo że miejscami opowieść jest nieco nazbyt rozwlekła (czasem mniej znaczy więcej), to trudno się od niej oderwać. Czytałam ją ja, moja mama i siostra, i każda z nas pochłonęła ją za jednym posiedzeniem. Powieść gra na emocjach, bo przecież każdy z nas, nawet jeśli nie jest rodzicem, to ma w rodzinie lub wśród bliskich sobie osób dzieci, których los nie jest mu obojętny. A Zabij mnie, tato uświadamia czytelnikowi, że porwanie czy zaginięcie wcale nie jest tak nieprawdopodobnym wydarzeniem. I tu jest właśnie drugi wymiar tej historii. Przyznaję, sama na początku byłam sceptycznie nastawiona. Dzieci, które nagle zniknęły, będąc zaledwie parę kroków od domu? Wydawało mi się to trochę niedorzeczne. Z każdą przeczytaną stroną przekonywałam się jednak, że taka tragedia może przydarzyć się właściwie każdemu. Jest więc najnowsza książka Dardy także swego rodzaju przestrogą - bądźcie czujni, bo nigdy nie wiadomo, co może was spotkać. Na koniec wreszcie można uznać ten thriller za trafną niestety diagnozę polskich realiów. Luki w prawie, pozostałości po poprzednim systemie, niedoskonałe procedury - słowem kraj dbający o swoich obywateli. Gdybym była matką, po lekturze tej książki prawdopodobnie zaczęłabym dla bezpieczeństwa wiązać dzieci na łańcuchu.
 Polecam najnowszego Dardę rodzicom - ku przestrodze, miłośnikom thrillerów i kryminałów - myślę że się im spodoba, no i ogólnie polecam wszystkim molom książkowym, bo to dobra pozycja jest!

poniedziałek, 18 maja 2015

Oddechy


Nie ma co ukrywać, już od ładnych kilku lat nie mieszczę się wiekowo w grupie potencjalnych odbiorców książek dla młodzieży. Mam już trochę inne spojrzenie na świat, więcej doświadczeń, wiadomo też przecież, że z biegiem lat człowiekowi zmienia się gust i oczekiwania. W większości współczesnych książek skierowanych do nastolatków irytuje mnie jedna z dwóch rzeczy: natrętne moralizatorstwo lub odwrotnie - płytkość, infantylność. Autorzy zwykle albo usiłują koniecznie przekazać czytelnikowi jakąś życiową mądrość, albo też sięgają po jakiś modny aktualnie temat (dajmy na to zakochane wampiry) i lekko go modyfikują, by spodobał się często niezbyt wymagającej młodzieży. Dlatego gdy przeczytałam "Oddychając z trudem", drugi tom serii "Oddechy", pomyślałam: "nareszcie idzie nowe" i czym prędzej zaopatrzyłam się w dwie pozostałe części. Jakie są moje odczucia po zapoznaniu się z całością? No cóż...

Główną bohaterką i zarazem narratorką "Oddechów" jest kilkunastoletnia Emma. Jest wzorową uczennicą, redaguje szkolną gazetkę, stanowi także o sile szkolnej drużyny sportowej. Na dodatek jej uroda powoduje u chłopców szybsze bicie serca. Ona jednak zdaje się tego nie zauważać. Zawsze trzyma się na uboczu, dopuszczając do siebie tylko jedną dziewczynę. Nikt nie wie, dlaczego Emma unika towarzystwa innych osób. Wszystko zmienia się, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń - Evan. Pierwsze spotkanie tych dwojga nie jest zbyt fortunne, ale to powoduje tylko, że chłopak, zaintrygowany niedostępnością Emmy, postanawia się do niej zbliżyć. Nastolatka skrywa jednak pewną tajemnicę i w przekonaniu, że działa dla dobra Evana, stara się go od siebie odstraszyć. Jak zapewne się domyślacie, z marnym skutkiem i zamiast zacząć się unikać, oboje coraz bardziej się do siebie zbliżają. Po drodze przeżywają chwile radości i strachu, wzloty i upadki, rozstania i powroty...
Brzmi znajomo, prawda? Dla mnie niestety nie zabrzmiało, ponieważ swoją przygodę z serią zaczęłam od części drugiej, która w moim odczuciu jest naprawdę dobra. To opowieść o... nastolatkach. Po prostu. Nieprzesłodzona, nieprzesadnie moralizatorska - taka "akurat". Jest oczywiście miłość, randki, jest oczekiwanie na ten "pierwszy wspólny raz". W "Oddychając z trudem" uczucie między dwojgiem wchodzących w dorosłość ludzi jest tematem ważnym, ale nie jedynym. Poruszone są tu także wątki trudnych relacji z matką alkoholiczką, wspomnień o trudnej przeszłości oraz decyzji dotyczących przyszłości. Są chwile szczęścia, ale i momenty rozpaczy. Książka ta poruszyła mnie i skłoniła do sięgnięcia po pozostałe dwa tomy.
 Niestety rozczarowanie przyszło bardzo szybko. Mimo tego, że także w pierwszej odsłonie cyklu dobre chwile przeplatają się z traumatycznymi wydarzeniami i próżno szukać nudniejszych fragmentów, książka jest przesłodzona do granic możliwości. Życie rzuca Emmie kłody pod nogi, dziewczyna doświadcza przemocy ze strony ciotki, u której mieszka. Jest przez nią stale kontrolowana i karana za rzeczywiste bądź urojone przewinienia. Z tego powodu nastolatka stara się odrzucać starania Evana, by nie narazić siebie i jego na gniew ciotki. A jednak mimo tego emocjonalnego rollercoastera młodzi z każdą chwilą zbliżają się do siebie. Evan jawi się niemal jako bohater, któremu należy się posąg ze spiżu. Żadne zachowanie Emmy nie jest w stanie go do niej zrazić, znosi wszystkie jej dziwactwa, godząc się dla niej na wszystko. Zapewne chodziło o to, by pokazać siłę uczucia, które jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody, ale dla mnie Evan stał się przez to postacią niewiarygodną, płaską. Znosić wszystko bez mrugnięcia okiem może jakiś mnich albo desperat gotowy związać się z dmuchaną lalą, byle nie być sam. Normalny człowiek prędzej czy później jakoś by zareagował - nie mówię, że furią, ale trzeba być chyba pozbawionym uczuć, by bez skargi znosić czyjeś humory. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze amerykańskie realia: imprezy urządzane przez bogatych nastolatków, wielkie domy z ogromnymi pokojami zabaw wyposażonymi we wszystkie dostępne gry i sprzęty elektroniczne; weekendowe wycieczki po całych Stanach. Wielki świat, panie. Dlatego mimo trudnych tematów poruszonych w "Powodzie by oddychać", poziom słodkości sięga Jowisza i dla mnie jest zwyczajnie niestrawny.
 O "Oddychając z trudem" wypowiedziałam się wcześniej, przeskoczmy więc do części zamykającej serię. Emma skończyła szkołę średnią i wyjechała na studia. Niestety sama. Rozstanie z ukochanym, którego opuściła, by więcej go nie skrzywdzić, nie służy jej i dziewczyna żyje jak w transie. By o nim zapomnieć, rzuca się w wir zabawy i robi rzeczy, które mogą skończyć się dla niej tragicznie. Jeśli do tej pory udało się komuś uniknąć skojarzenia ze "Zmierzchem", to musi to być ktoś, kto książek pani Meyer nie czytał. Tu dla wyjaśnienia muszę napomknąć, że nie należę ani do największych miłośniczek sagi o wampirach, ani do tych, którzy jej nie tolerują. Kilka lat temu przeczytałam całość z niejaką przyjemnością, ale bez ekstazy. Uważam, że seria ta miała swoje pięć minut, które jednak już minęło. To jak z filmami z lat 90. albo z zespołem Ich Troje - kiedyś większość była tym zachwycona, a dziś nas to raczej śmieszy. Wracam jednak do analogii między dwoma seriami. Stephanie Meyer nie była zapewne pierwszą, która w podobny sposób opisała zakazaną miłość, rozstanie i wielki powrót. Jednakże podobieństwo "Oddechów" do "Zmierzchu" jest do tego stopnia narzucające się, że aż niesmaczne. Szczegóły zostały oczywiście zmienione (w "Oddechach" brak przede wszystkim wątków paranormalnych), jednak cały schemat  fabuły jest właściwie taki sam. Jakby tego było mało, mamy w "Biorąc oddech" jeszcze większą dawkę 'american life'. Znów są imprezy, ale tym razem w domach blisko plaży, w których spędzają wakacje dzieci bogatych rodziców. Do grona szczęśliwych "kasiastych" znienacka dołącza również Emma, która dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu nagle może sobie pozwolić na wynajęcie rezydencji, a nawet kupno domu. A całość oczywiście zmierza ku pięknemu zakończeniu... Wszystko, absolutnie wszystko musi przecież ułożyć się po myśli zakochanej pary, prawda?

O modnym ostatnio nurcie "new adult" dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu "Oddechów". Przypuszczam, że sięgają po niego nie tylko nastolatki, ale również nieco starsze kobiety, kochające czytać o wielkim uczuciu pokonującym każdą przeszkodę. Nie krytykuję tego, sama też od czasu do czasu sięgam po takie historie. Nie mogę jednak pojąć, jak można zachwycać się kolejnymi opowieściami powielającymi te same schematy, w których zmieniają się właściwie tylko imiona bohaterów. Oczywiście - literatura opiera się na powtarzających się motywach, tego nie da się uniknąć, jednak trudno mi zrozumieć, kogo może bawić czytanie w kółko jednej i tej samej historii ubranej tylko w inne słowa. Dlatego - mimo że część druga serii Rebekki Donovan naprawdę mi się podobała - w ogólnym rozrachunku jestem bardzo rozczarowana "Oddechami" i nie będę wypatrywać z utęsknieniem kolejnych książek autorki.

wtorek, 5 maja 2015

Potomek Tudorów

 XVI-wieczna Anglia. Elżbieta Tudor zostaje królową. Dotychczas jej życiu zagrażało wiele niebezpieczeństw. Teraz... jest ich tylko więcej. Nie wiadomo, komu można zaufać, a kto spiskuje za plecami młodziutkiej władczyni. Tylko przez przypadek udaje się udaremnić zamach na jej życie. Jakby tego było mało, Elżbieta skrywa przed wszystkimi tajemnicę, która trafiwszy w niepowołane ręce, mogłaby wywołać skandal w całej Europie. 
Do rozwiązywania takich zadań został wyszkolony Brendan Prescott - szpieg na usługach królewskiej mości, który ryzykuje własnym życiem i odstawia na bok własne sprawy, żeby dopilnować, by sekret władczyni pozostał nieodkryty.


 Chciałabym i boję się - to chyba najtrafniejsze określenie moich uczuć, które towarzyszyły mi, gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki "Potomka Tudorów". Walka o władzę, intrygi, spiski - brzmi smakowicie, tylko że... do niedawna nie byłam miłośniczką powieści historycznych. Oczywiście zdarzyło mi się przeczytać kilka całkiem dobrych, tylko wszystkie miały to do siebie, że wymagały ode mnie maksymalnego skupienia. Na lekcjach historii buntowałam się przeciwko konieczności zapamiętywania dat i przebiegu miliona bitew, w rezultacie czego, czytając np. Sienkiewicza, gubiłam się w wydarzeniach, a już na pewno nie byłam w stanie bez zastanowienia wskazać momentów, w których autor nieco rozminął się z prawdą historyczną. Ostatnimi czasy staram się przełamać opór przed tym gatunkiem książek, ale mimo wszystko ciągle towarzyszy mi pewna taka nieśmiałość.

Tymczasem wystarczyło przeczytać dziesięć pierwszych stron "Potomka Tudorów", by cała moja obawa przed tą książką odeszła w niepamięć. Mimo tego, że jest silnie osadzona w odległych realiach XVI-wiecznej Anglii, mimo że opisuje postaci historyczne, o których moje dotychczasowe pojęcie nie było zbyt bogate, więcej jeszcze - mimo że, jak się zorientowałam w trakcie czytania, jest to kontynuacja serii - pomimo tego wszystkiego w powieści Gortnera po prostu nie sposób się pogubić. Autor sprawnie i barwnie opisuje Anglię tamtych czasów, dworskie układy i intrygi, kojarzone małżeństwa, szpiegów, ale także ówczesną architekturę, zwyczaje itd. Parę razy wydawało mi się, że przyłapałam autora na jakimś potknięciu, ale za każdym razem szybkie buszowanie w Internecie pokazywało, że się myliłam.

Egzamin z realiów epoki zaliczony, a co z fabułą? Narratorem powieści jest Brendan Prescott, szpieg na usługach nowej królowej - Elżbiety. Władczyni wysyła go z misją odnalezienia jednej z dworek, lady Perry. Prosta z pozoru misja okazuje się być niezwykle niebezpieczna, a główny bohater wkrótce odkrywa, że nie tylko on skrywa przed światem poważną tajemnicę. Choć intryga nie jest przesadnie skomplikowana, nie jest także nudna, a to za sprawą sprawnie wplecionych wątków pobocznych. Akcja nie toczy się może bardzo wartko, ale całość czyta się dość szybko, głównie za sprawą ciekawej fabuły i sprawnego pióra autora (oraz tłumacza).

Brawa należą się autorowi także za udane, wcale nie pobieżne sportretowanie bohaterów, także tych zbiorowych. Każda z postaci ma swój odrębny charakter, ich postępowanie motywowane jest celem, jaki każda z nich chce osiągnąć, ma na nie wpływ także pochodzenie społeczne i wykształcenie. Inaczej opisana została kochliwa dziewka kuchenna, inaczej wierna dama dworu; nawet ci, których łączy zdawałoby się wspólny cel, dążą do niego z różnych powodów i różnymi ścieżkami. Opis społeczeństwa jest głęboki, wielowymiarowy.

Muszę przyznać, że książka Gortnera bardzo mnie zaskoczyła. Fakt, że jest intrygująca, przyjemna w czytaniu, a przy tym w dobrze oddaje realia epoki (przybliżając je tym samym takim historycznym matołkom jak ja) to jedno. Ale znacznie bardziej zdumiało mnie to, że znalazłam w tej opowieści to, czego wcale tam nie szukałam. Gdybym miała ją porównać do innej książki, to wcale nie byłaby to żadna powieść historyczna, a... fantasy. Właściwie od pierwszych stron miałam wrażenie, że czytam kolejną świetną historię, która wyszła spod pióra Robin Hobb, tylko pozbawioną magii, smoków itp (mam na myśli trylogię o Skrytobójcy). Podobne jest pochodzenie głównego bohatera, jego rola i oddanie wobec władcy, w obu mamy knowania, podchody i trudne misje do wykonania. Choć więc nie sposób zaliczyć tych książek, a właściwie pewnie serii, do jednego gatunku, dla mnie mają one wiele wspólnego i obie je bardzo sobie cenię.

Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko gorąco polecić "Potomka Tudorów" - miłośnikom historii, w szczególności angielskiej, tym których interesuje życie na królewskim dworze, wielbicielom tajemnic wszelakich oraz karkołomnych misji, a wreszcie tym wszystkim, którzy lubią twórczość Robin Hobb i nie mieliby nic przeciwko poczytaniu o przygodach podobnych do tych, które miał Bastard Rycerski. Sama natomiast zmuszona jestem nadrobić braki i sięgnąć po poprzednie części serii autorstwa C.W. Gortnera. Choć bowiem ich nieznajomość nie przeszkadzała w odbiorze książki, to bardzo ciekawa jestem wcześniejszych wydarzeń, o których główny bohater kilkakrotnie napomknął.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Razem będzie lepiej

Czego się spodziewać po książce, jeśli z informacji na okładce wynika, że opowiada ona historię kobiety na życiowym zakręcie, która rozstała się z mężem, ledwo wiąże koniec z końcem i ma dwójkę nie do końca standardowych dzieci? Ano tego, że ani chybi jest to opowieść oprzezwyciężaniu trudności, nowym starcie i koniecznie nowej miłości. Czy to źle? W większości znanych mi wypadków tak, bo takie książki zazwyczaj są schematyczne i ckliwe, jakby obliczone na to, by kupić sobie sympatię czytelniczek. Ale nie tym razem.

Jess ma 27 lat i mnóstwo problemów na głowie. Samotnie wychowuje dwójkę dzieci – jedno wybitnie uzdolnione i jedno zdecydowanie nieodnajdujące się w społeczeństwie. Pracuje na kilka etatów, bo na pomoc wciąż jeszcze aktualnego męża nie może liczyć. Jednak mimo nawału kłopotów wciąż udaje jej się utrzymać optymistyczne nastawienie do życia. Kiedy więc jej córka staje przed szansą przyjęcia do wymarzonej, ale niestety płatnej szkoły, staje na głowie, by zdobyć pieniądze na czesne. Kilka szalonych decyzji i zaskakujących splotów wydarzeń później cała rodzina ląduje w samochodzie Eda – mężczyzny, u którego Jess pracuje jako sprzątaczka. Pod wpływem impulsu zgadza się on zawieźć ich na konkurs matematyczny, w którym nagrodą jest wysoka suma. I tak obcy sobie ludzie podróżują razem przez cały kraj, poznając się, zaprzyjaźniając, i wspierając się w trudnych chwilach, bo jak się okazuje, nie tylko Jess jest w ciężkiej sytuacji.
 
Początkowo ciężko mi było „wsiąknąć” w tę książkę. Miałam wrażenie, że czytałam już setki podobnych historii. Z każdą kolejną stroną okazywało się jednak, że nie do końca miałam rację. Autorce udało się bowiem bardzo dobrze wyważyć przekaz, dzięki czemu nie jest to ani kolejna umoralniająca opowieść, ani wyciskacz łez czy romans. „Razem będzie lepiej” to po prostu bardzo sprawnie napisana, momentami zabawna, a momentami odrobinę wzruszająca, czasami trochę smutna, a jednak w ogólnym wydźwięku optymistyczna historia, którą czytałam z naprawdę dużą przyjemnością. Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do aż nadto dużej porcji szczęśliwych splotów okoliczności pod koniec. Aż wierzyć się nie chce, że po tylu problemach – a przez większą część opowieści wyskakują one z każdej kolejnej czytanej strony – że po tylu problemach nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko, ale to wszystko nagle się wyjaśnia, upraszcza i rozwiązuje. Ale z drugiej strony – czy właśnie nie o to chodzi w takich opowieściach?
 
Nie sposób na koniec nie wspomnieć o pięknej, optymistycznej i wiosennej okładce, która sprawia, że naprawdę chce się sięgnąć po tę książkę. Po cichu liczę na to, że wydawnictwo wyda kolejne książki z podobnym wzorem na okładce, za każdym razem zmieniając tylko kolorystykę. Myślę, że pięknie się to będzie prezentować na półce.
 
Gwoli podsumowania: Z czystym sumieniem polecam tę pozycję wszystkim spragnionym delikatnego powiewu świeżości i optymizmu. To tytuł w sam raz na wiosnę, do czytania choćby na kocu przed domem.