Strach miał mnie przestraszyć. Przerazić i spowodować, że nie prześpię kilku nocy. Tak przynajmniej wynikało z paru recenzji, które zachęciły mnie do kupna książki Jozefa Kariki. Cóż - obyło się bez ciarek, ale zdecydowanie i bez rozczarowania.
2012 rok, najmroźniejsza od kilkudziesięciu lat zima. Jożo Karsky wraca tam, skąd tak usilnie próbował uciec - do rodzinnego, pogrążonego w bezrobociu i dziwnym odrętwieniu miasteczka i pustego, zatęchłego mieszkania, w którym we wszystkich kątach kryją się wspomnienia. Niekoniecznie dobre. Wydarzenia z dzieciństwa z każdym dniem ożywają coraz bardziej, a gdy pewnego dnia w sąsiedztwie znika dziecko, skojarzenie nasuwa się samo - dzieje się to samo, co wtedy, przed laty.
Zima, góry, las. Wymarzona sceneria dla horroru. Do tego duchy przeszłości, rosnący obłęd i... ułożone w śniegu dziecięce paluszki. Wiem, że ta historia potrafi działać na wyobraźnię i niejednego zdołała wystraszyć. Mnie raczej nie. Gdybym czytała ją ciemną nocą, zapewne kilka razy odczułabym niepokój, ale tak się nie zdarzyło. Nie znaczy to wcale, że książka jest zła - wręcz przeciwnie, dostarczyła mi rozrywki i przeczytałam ją w ciągu jednego wieczora.
Jozef Karika wie, jak przykuć uwagę czytelnika. Umiejętnie buduje napięcie, nie boi się mocnych opisów, ale też nie usiłuje straszyć tanimi sztuczkami. Już sama sceneria świetnie buduje klimat, a jeśli do tego dodać retrospekcje i stopniowo odkrywane fakty, to w rezultacie otrzymujemy naprawdę wciągającą, porządną opowieść. W trakcie lektury, zwłaszcza bliżej końca, miałam skojarzenia z czytaną jakiś czas wcześniej Istotą zła Luki D'Andrei - i były to zdecydowanie dobre skojarzenia.
Gratulacje należą się wydawnictwu Stara Szkoła. Co prawda nie obyło się bez kilku literówek w treści, ale samo wydanie książki jest naprawdę bardzo ładne. Moją uwagę zwróciła zwłaszcza okładka - jest dość ciemna i nie zwróciłam uwagi, że w ogóle jest na niej jakaś grafika, dopiero próbując zrobić zdjęcie, coś dostrzegłam. I chyba to był moment, kiedy rzeczywiście się przestraszyłam, mając przez ułamek sekundy wrażenie, że jest tam coś żywego, co usilnie się we mnie wpatruje :-)